|
Tomasz Lis w ekskluzywnym wywiadzie dla stron tvnfakty.pl i tomaszlisnieoficjalnie.pl:
Jeśli byłem najlepszy, to po co miałem komukolwiek robić miejsce
Idź do strony:
1 |
2 |
3 |
4 |
5 |
6 |
7 |
8 |
9 |
10 |
11 |
12 |
Ma Pan teraz jakieś biuro?
Mamy swój pokoik redakcyjny na Woronicza, w którym bywam, ale to jest dla mnie
kompletnie nieistotne. Tak naprawdę gdzieś tam na końcu w wypadku dziennikarza
funkcje są nieistotne, nagrody są kompletnie nieistotne. Istotne jest to co
się zrobiło, najlepiej jak to coś wciąż funkcjonuje. To jakoś zostaje. Choć
kto dziś pamięta, jak wyglądały "Fakty" pięć lat temu, czy jaką kosmiczną
jakościową zmianą było zastąpienie "Informacji" przez "Wydarzenia".
Jak Pan wspomina przygodę z Internetem?
Od początku zdawałem sobie sprawę, że to nie jest żaden pomysł długofalowy.
Była to pewna forma manifestacji, że nie da się mnie tak wykreślić gwałtownie
z pola widzenia. W momencie, kiedy człowiek traci pracę, co wiążę się jednak
z dużymi przeciążeniami i dużym stresem, była to forma utrzymywania się w
warunkach, kiedy człowiek musi być zdyscyplinowany. Musi pomyśleć, co zrobimy
za parę dni. Oczywiście, że pojawienie się przeze mnie w Internecie i
wypadnięcie z telewizji wiązało się z przypływem bardzo dużej sympatii kolegów
ze środowiska. Zniknięcie z Internetu i powrót do telewizji wiązało się z
procesem wręcz przeciwnym.
To był Pański pomysł?
Powiedziałbym, że to poszło trójtorowo. Ja miałem taki pomysł, ale zanim zdążyłem
z tym pomysłem wyjść, to dwie osoby wymyśliły coś podobnego. Zgłosił się do
mnie mój kolega, który ma firmę reklamową, a jednocześnie wpadł na to portal
gazeta.pl, chociaż nie tylko ten portal. Dwa inne też. I fajnie, że można było
ruszyć bez przerwy, praktycznie tydzień po tygodniu.
Zarabiał Pan na tym programie?
Nie. Ja na tym programie wyłącznie traciłem.
Tam były reklamy.
To prawda, ale te reklamy tylko w jakimś stopniu pozwoliły wyrównać koszty, jakie trzeba było ponieść.
Jak politycy reagowali, gdy Pan ich zapraszał do tego programu? Wiedzieli o co chodzi?
Nie wiedzieli za bardzo. Trzeba było tłumaczyć i z rozpędu przychodzili. To jest
trudna formuła, bo ten attention span internautów jest dość krótki. Jestem na
jakimś portalu i zaraz chcę oglądać następny. I przez 10-15 minut chcę przejść
dwadzieścia. Wymaganie od widza w Internecie, szczególnie przy problemie w Polsce
z Internetem szerokopasmowym, żeby ktoś siedział i oglądał wywiad przez 15-20 minut
jest kompletnie nierealne, więc trzeba to podzielić na jakieś bloki. Każdy odcinek
był na ileś tam segmentów podzielony. Ja jestem głęboko przekonany, że kroczek po
kroczku, a nawet w jakimś tam momencie nawet krok po kroku Internet będzie
marginalizował telewizję, ale to jest jednak proces rozpisany na 10-20 lat. To
się nie stanie dziś, ani jutro.
Wiele lat temu we "Wprost" powiedział Pan: Tyle jesteś wart, ile ci płacą. Może Pan rozwinąć tę myśl?
Nigdy tak nie powiedziałem. Ja powiedziałem coś, co jest tego dokładnym zaprzeczeniem,
zresztą była awantura z "Wprost" o to, ponieważ to pasowało im do tezy, ale było
dokładnym zaprzeczeniem tego, co ja powiedziałem. Zresztą żeby było weselej - ten
tekst był autoryzowany. Autoryzowałem go zgodnie z tym, co powiedziałem po czym w
druku ukazała się teza, która była niby wypowiedziana przeze mnie, ale była
dokładnym zaprzeczeniem tego, co powiedziałem. Ja mówiłem, że w dziennikarstwie
człowiek jest wart, tyle ile jest wart, niezależnie od tego ile mu zapłacą, a
jeśli pracuje wyłącznie dla pieniędzy, to właśnie jest skończony.
A bzdur o sobie przeczytałem już tyle, że nie zliczyłbym ich nawet, gdybym był ośmiornicą.
Ostatnio przeczytałem, że pojechałem kupować jakiś dom na Florydzie. Łgarstwo absolutne.
Nie ma tego domu?
Nie ma domu, nie było planów. Pojechaliśmy na wakacje z czwórką dzieci i jakiś
cymbał jak zwykle wymyślił coś... Całkowita konfabulacja. Mógłbym 150 innych
przypadków przytoczyć. Łatwość z jaką dziennikarze i niby dziennikarze robią
kompletnych idiotów ze swoich czytelników jest przerażająca. Zresztą było w
tym mniej więcej tyle samo prawdy ile w innej rewelacji "Faktu" sprzed roku,
że oni znaleźli wieloryba płynącego wzdłuż Wisły. Ja musiałbym specjalne biuro
do spraw sprostowań otworzyć. Być może to, co Pan mówi i to co ja mówię nasuwa
mi pewien pomysł. Skoro jest to nieoficjalna strona i redaguje ją Pan jak chce,
to być może powinienem Pana poprosić o to, żeby pojawił się tam taki kącik pod
tytułem "sprostowanie kolejnych bredni".
Powiem Panu jak to funkcjonuje. Pewna prowadząca "Wiadomości" przychodzi na
próbę przed swym programem i ktoś do niej mówi: "Słuchaj, bardzo cię
przepraszamy, ale ktoś na Woronicza wpadł na pomysł, żeby wynająć choreografa
żeby pokazał ci jak poruszać się po tym studiu". No więc ta osoba, żeby nie
tworzyć sytuacji konfliktowej mówi: Pomysł nie wydaje mi się zbyt rozsądny,
ale skoro już jest, to OK" Po czym nie ma o tym informacji, ani na drugi dzień,
ani na trzeci, ani za tydzień. Za parę tygodni ta osoba zaczyna prowadzić
"Wiadomości" i po trzech dniach dochodzi do sporu o skrajnie nierzetelny materiał.
Wtedy coś, co się stało zostaje kompletnie odwrócone i na pierwszej stronie "Faktu"
czytamy, że to ona zażądała choreografa. Ukradli jej rower, ale napisaliśmy, że
to ona ukradła rower. Taka jest część polskiej prasy. Kłamstwo to jest jak splunięcie.
» czytaj dalej (9)
|
|
subskrypcja:
Zapisz się - warto! :)
|
|