|
wywiad nieautoryzowany
|
|
Kamil Durczok w swoim gabinecie w trakcie pisania pozdrowień
dla czytelników serwisu tvnfakty.pl
foto: Łukasz Ropczyński, tvnfakty.pl
|
Łukasz Ropczyński: Gdy spotkaliśmy się w czerwcu 2007 roku mówił Pan, że po trzech
latach swojej obecności w "Faktach" dogoni Pan "Wiadomości". Udało się dotrzymać słowa?
Kamil Durczok: Tak. Udało się dogonić. Nie udało się przegonić. Uśmiecham się, bo
spodziewałem się, że to będzie najczęściej powtarzane pytanie na zakończenie tego
pierwszego etapu i jest. Nie udało się przegonić na stałe. Udało się przegonić
wielokrotnie, udało się przegonić w pojedynczych wydaniach, udało się przegonić
w takich podsumowaniach, czy statystykach tygodniowych. Udało się również - i
wszystko wskazuje na to, że uda się po raz drugi w kwietniu - przegonić w
statystykach miesięcznych. Listopad był pierwszym miesiącem w historii "Faktów",
w którym się okazało, że "Fakty" miesiąc do miesiąca okazały się lepszym programem
niż "Wiadomości". Następnym takim miesiącem będzie chyba kwiecień. Dzisiaj mamy
29 i na 28 wydań "Faktów" i "Wiadomości" w tym miesiącu 23 razy byliśmy lepsi niż
"Wiadomości". Jest blisko. Ciągle więcej jest dni w roku, kiedy jesteśmy trochę
słabsi od "Wiadomości". Nieznacznie. Te krzywe się zbliżają i myślę, że w końcu się przetną.
Mówi Pan o udziałach, czy ogólnie...?
Mówię o udziałach, bo to jest wskaźnik, który sobie założyliśmy. Tu się ścigamy.
Trudno żebyśmy się ścigali na liczbę widzów, kiedy mamy inny zasięg techniczny.
My mamy jednak ciągle te 85 proc. pokrycia, "Wiadomości" mają 100 proc.
I nie mówimy tylko o grupie docelowej TVN?
Nie. Chodzi o udziały w każdej grupie wiekowej.
Gdy obejmował Pan funkcję szefa "Faktów" mówił Pan też, że chce żeby ludzie
wstrzymywali przed 19:00 oddech.
Mam nadzieję, że tak się dzieje.
Dlaczego mieliby wstrzymywać?
Dlatego, że potrafimy zaskoczyć i "Fakty" są takim programem, któremu można wiele
zarzucić, ale jednego na pewno zarzucić nie można - rutyny i skostnienia. Wszystkie
akcje, które podejmujemy, specjalne wydania, także podejście do tematu, to, jak
tematy są przez reporterów realizowane świadczą o tym, że rutyna to jest ostatnia
rzecz, jaką w tym zespole mógłby Pan spotkać, więc w tym sensie mam nadzieję, że
wstrzymują oddech.
Jeśli ktoś cały dzień ogląda TVN24 to "Fakty" są go jeszcze w stanie czymś zaskoczyć?
|
|
Tabliczka na drzwiach do gabinetu Kamila Durczoka
foto: Ł.R., tvnfakty.pl
|
Jeśli ktoś cały dzień ogląda TVN24 to żaden program informacyjny nie jest go w
stanie zaskoczyć czymś szczególnie nowym, ale też proszę pamiętać, że zasięg
kanału i oglądalność, choć imponująca jak na ten rodzaj działalności, jest
nieporównywalna z "Faktami". "Fakty" są programem o wielomilionowej widowni,
a TVN24 jest kierowany mimo wszystko do wąskiej grupy.
Jak bardzo w tej walce o udziały pomogło utworzenie "Faktów po Faktach"?
My nie zakładaliśmy, że to ma być program, który będzie służył wyłącznie temu,
żeby zdejmować oglądalność "Wiadomościom". "Fakty po Faktach" miały być i są
publicystycznym rozwinięciem "Faktów". Takie było założenie. Oczywiście przy
okazji - nie ukrywam - myśleliśmy, że odbierzemy jakąś część widowni "Wiadomościom".
Patrząc na to, jak szybko się zbliżamy do "Wiadomości" - zwłaszcza w ostatnim roku -
można powiedzieć, że to jest cel, który został osiągnięty, ale to jest przede
wszystkim dobra publicystyka, która na antenie TVN24 bardzo często jest najbardziej
oglądanym programem całego dnia. Mimo że ten program emitowany jest pod "Wiadomościami".
Gdy startowały "Fakty po Faktach" zapowiadał Pan, że będą to głównie rozmowy z
reporterami, a także materiały, które nie zmieściły się w głównym wydaniu.
Polityków mieliście zapraszać rzadko, bo "i tak są wpuszczani na zbyt wiele boisk".
Jest dokładnie odwrotnie.
To prawda. Całkowicie się to zmieniło. Trudno żebyśmy byli głusi na to, co się
dzieje dookoła. Jeśli politycy odgrywają ważną rolę w życiu społecznym, zgoda,
że są na zbyt wielu boiskach, ale politycy wyznaczają rytm dnia w Polsce. Ich
konferencje prasowe, spotkania, awantury w sejmie, które urządzają. Nie możemy
być na to całkowicie głusi, a po drugie nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada,
że jeśli wymyśli jakąś formułę programu i zacznie ją realizować to musi pozostać
głuchy na to, co dzieje się dookoła i nie zmieniać tego. Dostosowuje się założenia
do rzeczywistości i w tym sensie taki program, jak "Fakty po Faktach" dziś wygląda
zupełnie inaczej niż sobie zakładaliśmy. Wyniki są jednoznaczne. Trudno tkwić w
jakiejś koncepcji, która ma mniej widzów, jeśli można zrobić koncepcję, która
spowoduje, że to jest jeden z najbardziej oglądanych programów TVN24.
Czy ta walka o widza nie odbija się na jakości materiałów w "Faktach"?
Nigdy.
Czy to nie jest tak, że dajecie mniej zagranicy, bo na tym spada oglądalność?
Dajemy, ale to nie ma kompletnie nic wspólnego z jakością programu. Nie ilość
materiałów z zagranicy wyznacza jakoś programu takiego jak "Fakty".
Ma Pan jakiś pomysł żeby zmienić mentalność widzów przyzwyczajonych do 19:30?
Nie. My dostarczamy o 19:00 dobry, kompletny, atrakcyjnie zrealizowany dziennik.
Coraz więcej osób chce nas oglądać, a coraz mniej osób dobrze ocenia "Wiadomości".
Ten trend ma być utrzymany. Doprowadzi do tego, że "Fakty" będą najbardziej
oglądanym programem w tym kraju.
Jak Pan wytłumaczy fakt, że "Wiadomości" mimo upolitycznienia i tych wszystkich
problemów wciąż mają tak wysoką oglądalność?
To jest oczywiście fenomen. To jest pytanie, na które nie ma jednej prostej odpowiedzi.
Pan pewnie każdego dnia o tym myśli.
Pewnie, że myślę. Ktoś kiedyś powiedział, że "Fakty" mają oglądalność, a "Wiadomości"
mają włączalność. To pewnie część odpowiedzi na pańskie pytanie. Siła przyzwyczajenia
jest bardzo duża i niewątpliwie decyduje o tym, że wielu Polaków, żeby o 19:30 usiąść
przed telewizorem i popatrzeć na "Wiadomości". Na szczęście coraz więcej Polaków za
taką samą ważną godzinę uznaje 19:00. A poza tym wszystkim myślę sobie, że inny punkt
widzenia też jest czymś, co kogoś interesuje. Więc może jak wszyscy tak opowiadają
o tym upolitycznieniu, to ludzie chcą się o 19:30 przekonać ile z tych opinii jest
uzasadnionych.
Postawił Pan sobie jakiś nowy, ambitny cel w nowym kontrakcie z TVN?
Nie. Ja Panu już wtedy mówiłem, podczas naszego pierwszego spotkania, że najgorszą
rzeczą jaką można by było sobie wyobrazić w takim organizmie, jakim są "Fakty"
byłaby rewolucja. Rewolucje się sprawdzają w czymś, co nie działa. I zwykle tak
są realizowane. "Fakty" były, są i będą bardzo sprawnie toczącym się pociągiem.
O ile "Wiadomości" można porównać do pośpiesznego, to my idziemy jak TGV. Więc
w tym sensie nie przewiduję jakichś super rewolucyjnych celów. Na pewno chciałbym
dosyć szybko dojść do tego, co zajmuje - rzeczywiście zgoda - trochę więcej czasu
niż przewidywaliśmy i trwałej dominacji.
Naprawdę ja nie przychodziłem tutaj tylko po to, żeby tłuc się na słupki i na
wskaźniki z "Wiadomościami". Ja przychodziłem tutaj po to, żeby wspólnie ze świetnym
zespołem robić bardzo dobry dziennik. Mam bezczelne wrażenie, że się nam udaje.
Jakie będą "Fakty" za 3 lata?
Nikt tego nie wie. Nikt nie wie jaka będzie telewizja za 3 lata. Czy ona będzie
częściej oglądana w telefonie komórkowym, czy na ekranach komputerów, czy częściej
na plazmie, która wisi w domu. Nikt nie wie, czy ona będzie w dominującym stopniu
naziemną cyfrówką, czy ona będzie odbierana z talerza, czy dostarczana z kabla.
Czy może będzie jeszcze jakoś inaczej produkowana. Ten rynek jak niewiele innych
jest tak cholernie dynamiczny, że nie ośmielę się prognozować, bo to nie ma
żadnego sensu. Rzeczywistości to zweryfikuje i za 3 lata będziemy wiedzieli.
Nie uważa Pan, że siła "Faktów" wynika głównie ze słabości konkurencji?
Zawsze się ma jakieś tło, na którym się jest ocenianym. Nie uważam tak, aczkolwiek
tym lepiej, jeśli ktoś uważa konkurencję za słabą. Natomiast niech pan powie,
czy ta słabość to są materiały Kasi Kolendy, czy to są materiały Tomka Sianeckiego,
czy Kuby Sobieniowskiego, Pawła Płuski, Maćka Mazura, czy Marka Nowickiego. Mnie
się wydaje, że ze świecą szukać w tym kraju tak kompetentnych reporterów telewizyjnych.
Czy to nie jest tak, że ze świecą ich szukać od momentu, gdy Tomasz Lis został
odsunięty od "Wydarzeń"? Może to był taki moment, kiedy przestaliście mieć godnego rywala.
Hmm... Wie pan... Ja mogę powtórzyć, że jestem pełen szacunku zawodowego dla tego,
co robi i robił Tomasz Lis, ale niewiele wskazywało w słupkach na to, żeby coś
się zasadniczo zmieniło. Tak jak Polsat miał swoje 18-19 proc. udziałów w rynku,
tak je ma dzisiaj. W tym sensie Polsat nie jest dla nas konkurencją, a przynajmniej
główną konkurencją. My ścigamy się z "Wiadomościami" i to jest nasz przeciwnik.
Szanujemy oczywiście Polsat. Nikt nie używa określeń, które by miały świadczyć o
jakimś lekceważącym stosunku do Polsatu, ale słupki, badania, cytowalność, postaci,
osobowości - poza Dorotą Gawryluk - to są dość wyraźne wskaźniki. Polsat się w tym
wyścigu nie liczy.
A co Pan sądzi o Dorocie Gawryluk?
Dobrze sądzę... Osobowość telewizyjna.
Dobra dziennikarka?
Niech mnie pan nie wciąga w personalne oceny moich kolegów.
Czasem mi się uda kogoś wciągnąć...
Bardzo proszę. Już panu kiedyś powiedziałem, że mam dużo szacunku do konsekwencji z
jaką pan przeprowadza rozmowę.
Co Pan sądzi o obecnej sytuacji w TVP?
Współczuję ludziom, którzy mają tam jeszcze ambicje, żeby robić tam niezależne
dziennikarstwo i bardzo się cieszę, że mogę to obserwować z zewnątrz. Tak naprawdę
niewiele się zmieniło od czasu, gdy rozmawialiśmy wtedy. Coraz częściej mi się
wydaje, że naprawdę nie ma sposobu na uzdrowienie tej instytucji, że to jest coś
co trzeba...
Sprywatyzować?
Nie, nie. Zamknąć i wybudować od nowa i zostawić temu czemuś, co powstanie na
gruzach TVP funkcję czysto edukacyjną. Wydaje mi się, że to powinno być
miejsce, które będzie uczyło, ale będzie kompletnie z daleka od polityki i
od transmisji, od wystąpień, od konferencji prasowych, bo widać, że to jest
jakiś rodzaj wirusa i efekt domina jednocześnie. Jak tylko się pokaże jednego
polityka, to za chwilę trzeba pokazać drugiego, trzeciego, czwartego i oni
wszyscy mają pretensje. Ludzie mają pretensje, że się tych polityków pokazuje,
media mają pretensje, że się jednego pokazuje bardziej, drugiego mniej.
Generalnie jest jedna wielka awantura wokół tego wszystkiego i nikt tego przez
16 lat, od ustawy medialnej, nie jest w stanie zmienić, to znaczy, że się tego
nie da zmienić. Tam byli czarni, czerwoni, zieloni, prawo, lewo, wszystkie
opcje polityczne. Teraz jest nawet, trudno powiedzieć opozycja pozaparlamentarna,
jakieś ugrupowanie de facto nie istniejące i też nic się nie zmienia, to znaczy,
że tego się nie da zmienić. Trzeba to zamknąć.
Tam jest teraz gorzej niż za czasów gdy Pan pracował w TVP?
Gdyby Robert Kwiatkowski wykonał jedną dziesiątą tych numerów, które wykonywała
ekipa pisowska albo w tej chwili ten, kto tam rządzi, bo to trudno określić, to
by go na widłach wynieśli z tej instytucji. To jest teraz nieporównywalne do niczego.
Kompletnie! Stopień zaangażowania upolitycznienia, łamanie ramówki, wprowadzanie
konferencji CBA w prime timie to są rzeczy za Kwiatkowskiego nie do pomyślenia!
Oczywiście to było jasne, że to była upolityczniona wtedy, będąca pod silną presją
SLD i prezydenta Kwaśniewskiego instytucja, ale dziennikarze tam pracujący wtedy
mieli przynajmniej cień szansy na to, żeby się buntować przeciwko temu i próbować
wymóc zachowania dziennikarskie. Dzisiaj już tak nie jest, bo jak ktoś próbuje,
to jest zwalniany natychmiast.
Czyli jak Pan tam pracował, to nie było takich praktyk jak dopisywanie prowadzącemu zdań do zapowiedzi?
Ja nie wiem, czy były takie praktyki, czy nie było. U mnie nie było. To jest
tak, że wszystkie startówki pisałem sam i one były zamykane komisyjnie de facto.
Było takie hasło. Nie wiem, jak jest teraz w TVP, może to się zmieniło. Ale wtedy
było takie hasło około 19:25 "zamykamy", wtedy się blokowało te wszystkie komputery
i nie bardzo była możliwość aby ktoś coś dopisywał. Jeśli ktoś dopisywał, to
zwykle spoza promptera, czyli z kartki. To musiałem być ja - sam sobie dopisałem.
W tej chwili ten proces może jest tam taki, że ktoś ma możliwość wejścia z zewnątrz,
wpisania czegoś do promptera, do startówki i w tym sensie osoba prowadząca jest zaskoczona.
Składał Pan Hannie Lis jakieś propozycje ostatnio?
Nie. O jakich propozycjach pan myśli? :)
Fakty weekendowe na przykład.
Nie. Nic nie składałem.
Widziałby pan ją tutaj?
To świetna dziennikarka, osobowość telewizyjna, ale mamy kompletny zespół.
Jej charakter by przeszkadzał?
Nie wiem. Ja nie znam pani Hanny Lis, więc nie mogę powiedzieć niczego na temat
jej charakteru. Oceniam ją po tym, jak widziałem w telewizji. Sprawna, profesjonalna.
Nie wiem jaki ma warsztat pracy, jaki ma charakter, jaki ma styl pracy. Nie wiem i
pewnie w najbliższym czasie się nie dowiem, bo mamy świetnych prowadzących i tyle.
O tym, żeby się miała pojawić w TVN24 też Pan nic nie wie?
Nic nie słyszałem.
Dwa lata temu rozmawialiśmy o planowanych zmianach grafiki i sposobu kadrowania w
"Faktach". Mówił Pan wtedy, że zmiany od września. Który rok miał Pan na myśli?
Jak widzę to, co dostarczają nam kolejne firmy, u których zamawiamy grafikę...
Podobno zresztą firmy ze światowej czołówki. Jak to widzę, to jestem coraz gorszej
myśli, ale wiem jedno. Nie wymienię dobrej, chociaż funkcjonującej od dawna
czołówki i oprawy graficznej na coś gorszego. Jak będę miał lepszy produkt to go pokażę.
To prawda, że firma Velvet przygotowała grafikę, której Pan nie zaakceptował?
Wie pan, jest kilka spraw, które niech pozostaną tajemnicą.
Ale to nie jest tajemnica. Już wszyscy wiedzą.
No dobrze. Wszyscy wiedzą, ale ja nie muszę potwierdzać, ani zaprzeczać. Nic
na ten temat nie mam do powiedzenia oprócz zdania, które wygłosiłem. Nie
zobaczyłem jak dotąd żadnej propozycji, która byłaby lepsza od tej, którą mamy.
Co Panu się nie podoba w tych propozycjach?
Nie podoba mi się :)
Muzyka też ma się zmienić?
Z całą pewnością będziemy musieli odświeżyć oprawę generalnie, czyli także muzykę.
Czy to będzie przearanżowanie tego, co jest w tej chwili, czyli znanego widzom
"Faktów" sygnału, tyle, że w jakimś nowym aranżacyjnym ujęciu, czy to będzie coś
całkiem nowego, naprawdę nie chcę w tej chwili przesądzać.
Odpowiadam tak jak polityk, czyli bez sensu, ale nic więcej nie mogę powiedzieć,
poza jednym. Dostaniemy coś, co powali naprawdę na kolana. Zmienimy oprawę graficzną
"Faktów". Nie dostaniemy - będzie ta, która jest.
Rozważaliście może powrót do tej oprawy muzycznej sprzed 2004 roku?
Nie.
Czyli w tym roku raczej nie możemy się spodziewać zmian?
Nie wiem :)
Dlaczego zlikwidował Pan ten słynny już przerywnik...
Który jedzie z góry? :) Nie wiem, nie pamiętam dlaczego. To była drobna zmiana.
Mamy nieustanny kłopot z czasem. 10 sekund albo 15 to jest czas, który sobie
cenimy. Można coś ludziom w tym czasie ciekawego przekazać. W tym sensie ten
przerywnik niczego nie wnosił. Ale nie z powodu stołu. O to może być pan pewien.
Nie pytałem o stół. Nie ma Pan poczucia, że za mało wykorzystujecie możliwości studia?
Nie. Nie mam takiego poczucia.
Dwa lata temu powiedział mi Pan, że ma i ciągle szuka nowego sposobu na wykorzystanie
studia, po czym zlikwidował Pan przerywnik.
Proszę zwrócić uwagę jak są realizowane "Fakty" weekendowe, jak są prezentowane
sondaże, jak bardzo często w przypadku takich tematów większych realizowanych z
kilkoma relacjami reporterskimi, przenosimy się pod telebim. Nie mam absolutnie
poczucia, że marnujemy ten potencjał. Pod tym względem wiele się zmieniło.
W "Wiadomościach" przed każdą zapowiedzią jest jakieś inne kadrowanie. Przerost formy nad treścią?
Gratuluję kolegom z "Wiadomości". Jestem też zwolennikiem tego, żeby widzowie
nie zastanawiali się za każdym razem, czy oglądają taki, a nie inny program,
tylko żeby pewien kod identyfikacji był wartością programu.
Pewnie zaraz Pan powie, że ma najsilniejszy zespół newsowy w Polsce...
Bo mam :)
Mimo wszystko zapytam. Planuje Pan jakieś wzmocnienia?
Nie.
Ani w kraju, ani za granicą?
Ani w kraju, ani za granicą :) Bardziej mam kłopot z tym, że dwie, czy trzy osoby
odchodzą z kolegium bez tematów, bo mamy tylko 26 minut i określoną liczbę materiałów
do zaproponowania.
A jakieś nowe ośrodki na wschodzie Polski. Ja jestem z Podkarpacia i tam nic
nigdy nie pokazujecie. Chyba, że jest powódź.
Nic, nigdy, to są takie określenia, których się zawsze boję, ale OK - pan ma
takie wrażenie, więc ja je szanuję. Nie, dzisiaj przy tej sieci korespondentów
zewnętrznych, firm, z którymi współpracujemy, nie ma potrzeby tworzenia kolejnej
placówki. Nie mam takiego wrażenia, żeby cokolwiek z bardzo odległego od Warszawy
zakątka Polski nam umknęło. Na dowód tego, co mówię, proszę przypomnieć sobie
"Fakty" z Kamienia Pomorskiego. Jednego z miejsc najdalej oddalonych od Warszawy,
z którego rano - podjąwszy decyzję o zrealizowaniu - zrealizowaliśmy stamtąd w
całości wydanie, łącznie z prowadzącymi.
Wracając do "Faktów po Faktach". Tam wciąż będą politycy...?
Będą, ale proszę zwrócić uwagę, że nie tylko politycy się tam pojawiają.
Czasem pojawi się jakiś socjolog.
Czasem, ale czasem też pojawiają się artyści, którzy mają coś ciekawego do
powiedzenia, czasem się pojawia filozoficzny Marek Kondrat, czasem się pojawia
Zbigniew Hołdys. Zgadza się, że politycy dominują, ale nie są jedyną grupą
zapraszaną do programu.
A na przykład byłby Pan skłonny zaprosić Dodę do "Faktów po Faktach"?
Ja akurat nie, ale jeśli któryś z kolegów, czy koleżanek prowadzących będą mieli
dobry pomysł na to i będą przekonani jak taką rozmowę mieliby zrealizować, to
dlaczego mielibyśmy nie zapraszać. Nie sądzę, aby Doda byłaby w stanie powiedzieć
mi coś ciekawego o świecie, który mnie otacza, ale być może ktoś ma sposób na
wydobycie takiej informacji, więc... Oczywiście, no wie pan, możemy jeszcze
pokazywać... No dobra, powstrzymam się... :)
Jak Pan ocenia TVN24?
Nie oceniam TVN24. To są moi koledzy z pracy.
Czy podziela Pan opinię, że TVN24 za bardo udostępnia antenę politykom,
transmitując większość konferencji prasowych, zamiast selektywnie wybierać ważne
dla widza informacje?
Nie. TVN24 przekazuje całkiem spory fragment polskiej rzeczywistości i politycznej
i niepolitycznej. O różnych porach dnia się to różnie udaje, ale dostajemy całkiem
sporą wiedzę o świecie, kraju i rzeczywistości, która nas otacza. Nie mam takiego
wrażenia. Poza tym Polacy są rozpolitykowani w stopniu ogromnym i nic dziwnego, że
dobre konferencje prasowe albo ostre wystąpienia, ostre debaty sejmowe albo ostre
polemiki, mają ogromną widownię. W tym sensie całkowicie naturalna decyzja.
Gdy ostatnio rozmawiałem z Tomaszem Lisem powiedział mi, że polskie programy
informacyjne są "boleśnie prowincjonalne". Podziela Pan tę opinię?
Gdyby to odnosić do odsetka materiałów, czy relacji zagranicznych, to może coś
jest w tym stwierdzeniu. Z drugiej strony - ja nie znam oczywiście telewizji
amerykańskiej tak dokładnie jak Tomek - ale mam nieodparte wrażenie, że tam
odsetek tematów krajowych, jest jeszcze większy niż u nas. Mi jest trudno
polemizować, bo ja nie wiem, co Tomek miał na myśli. Jeśli miał na myśli ten
odsetek tematów zagranicznych, to coś w tym jest. Nie sądzę, żebyśmy tu odbiegali
od średniej.
Miał na myśli to, że żyjemy innymi sprawami, niż żyje świat.
Każdy kraj żyje swoimi sprawami. Specyfika dzienników czeskich, słowackich,
węgierskich, bułgarskich też jest taka. Rzeczywiście niemieckiej telewizji,
którą czasem podglądam na RTLu ten odsetek tematów jest większy, ale z kolei
jak widzę, jak one są technicznie realizowane, to gdyby dziennikarze RTL
przyjechali tutaj, do "Faktów" albo do jakiejkolwiek ogólnopolskiej telewizji,
to naprawdę mogliby się sporo nauczyć. Prosty montaż, zdjęcie po zdjęciu, żadnej
finezji, żadnego grania efektem. Można się zdziwić, taki wielki koncern medialny,
a taki dziennik.
Poza tym mam wiadomości z tej części produkcyjnej ABC, że oni kończą w tej chwili
digitalizację, która w TVN standardem jest od 5 lat. Tu nikt nie nagrywa na
żadnych taśmach, a oni tam jeszcze resztki tych taśm uprzątają i przenoszą
na jakieś dyski. W tym sensie naprawdę nie mamy powodów do wstydu.
Tomasz Lis zarzucał także, że TVN24 przez tyle lat nie wykreowała jeszcze
żadnych własnych osobowości, a wszystkie gwiazdy stacji przyszły do niej z już wyrobionymi nazwiskami.
Proszę mnie nie zmuszać do tego, żebym się ustosunkowywał do każdej wypowiedzi Tomka :)
Trzy na razie były :)
Trzy dość istotne. A Brygida Grysiak nie jest osobowością telewizyjną? Nie chcę
polemizować z Tomkiem. To jest jego wrażenie, ja mam zupełnie inne.
Mogę jeszcze ostatnie pytanie o Tomasza Lisa?
Jak pan musi :)
Dlaczego gdy Tomasz Lis odchodził z Polsatu nie mówił Pan o tym w "Faktach"?
Myśli pan, że to jest informacja, która interesowała widzów "Faktów"?
Myślę, że brutalne polityczne naciski na dużą prywatną stację telewizyjną,
to jest informacja, która zainteresuje widzów "Faktów".
Mam dwie odpowiedzi. Pierwsza to jest taka, że o brutalnych politycznych naciskach
się mówiło, ale nikt nie był w stanie ich udowodnić. Mogę powiedzieć inną rzecz.
O realizację tego tematu poprosiłem Tomka Sianeckiego, który kontaktował się z
Tomaszem Lisem. Tomek nie chciał się wypowiadać przed naszą kamerą albo nie umiał
się z nim skontaktować. Nie wiem. Nie ma to już dziś żadnego znaczenia. Efekt
jest taki, że trudno bez wypowiedzi Tomasza Lisa zrealizować taki temat. W
związku z czym temat się nie ukazał.
Czy w TVN przed wyborami odczuwali Państwo jakieś polityczne naciski?
Odczuwaliśmy nieustanną presję ze strony wszystkich polityków, którzy chcieli być pokazywani jak najlepiej.
Nic bardziej brutalnego nie miało miejsca?
Nic... Nikt nie pomalował mi farbą samochodu, ani nie wyrzucał śmieci pod drzwi mieszkania, więc nie :)
A te prasowe spekulacje, że tu przed wyborami w 2007 roku kręcili się agenci służb są nieprawdziwe?
Nie wiem nic na ten temat.
Proszę opowiedzieć o kulisach "Faktów" z USA.
"Fakty" z USA zaczęły się tak naprawdę pół roku przed wyborami. Jak to zwykle w
przypadku większych wydań burza mózgów całego zespołu. Potem była realizacja
tematów. Część tematów przygotowanych wcześniej, te z Hawajów, z Alaski. Potem
był wyjazd dużej grupy osób na kilka dni przed "Faktami" do Stanów i potem już
była praca na miejscu, czyli przygotowywanie już tych bieżących materiałów i
realizacja trzech wydań, poniedziałkowego, wtorkowego i środowego z Waszyngtonu.
A kto znalazł to miejsce, ten dach?
Już nie pamiętam w tej chwili. Myśmy mieli określoną liczbę miejsc do wyboru
na stanowisko główne. Obejrzeliśmy wszystkie, uznaliśmy, że to jest najciekawsze,
jeśli chodzi o obrazek i tam nadawaliśmy.
Jak zwykle w takich momentach, tam było ciasno, dziennikarze z całego świata stojąc obok siebie prowadzili dzienniki?
Tak. To było widać raz albo dwa razy na takim ujęciu z boku. Rzeczywiście to była wielka fabryka informacji i fenomenalne doświadczenie.
Drogie są takie miejsca?
Drogie i bardzo wcześnie rezerwowane. Także znalezienie tam takiego miejsca to
jest ogromna robota, którą wykonał i jestem mu za to bardzo wdzięczny Marcin Wrona.
To raz. Dwa to kwestia wielkich kosztów. Wiedzą doskonale, że raz na cztery lata
mają wydarzenie, którym interesuje się cały świat, więc każą sobie za to bardzo
słono płacić. Mówię o producentach z tamtej strony i niestety. Wszyscy muszą te
reguły przyjmować. Miałem ten komfort, że cenami nie musieliśmy się przejmować.
Czy Pańskie zrzeczenie się nominacji do Wiktora ze względu na Kasię Cichopek
przyniosło oczekiwany efekt?
Nie ze względu na Kasię Cichopek. Już tracę siły w tłumaczeniu wszystkiego,
chociaż mam przekonanie, że wszyscy wiedzą, że nie jest to kwestia Kasi Cichopek,
ale miło to tak ująć, bo wtedy jest prościej. To jest protest przeciwko mieszaniu
wszystkich kategorii w worku z napisem "prezenter telewizyjny". Taka kategoria,
taki zawód w ogóle w Polsce nie istnieje w tej chwili. Prezenterzy byli za czasów
Krystyny Loski i Edyty Wojtczak. To po pierwsze. Po drugie co mają porównywać
członkowie akademii telewizyjnej u pani Cichopek, pani Rusin, pana Durczoka,
czy pana Ibisza. To są ludzie, którzy wykonują kompletnie różne profesje. Każda
- oczywiście - z sukcesami. Natomiast co tu porównywać? Urodę? To wtedy jestem
na szarym końcu i bez szans, bo uroda obydwu pań przynajmniej jest powalająca.
Zgrabne sylwetki? Też jestem w ciężkim położeniu. Polszczyznę? Powiedzmy, że
można, ale wydaje mi się, że polszczyzna wszystkich tych osób jest powyżej
pewnego poziomu. Nie ma czego porównywać. Miara popularności? To taki plebiscyt
już jest. Nazywa się Telekamery i tam głosują widzowie, a nie jury. Protestowałem
przeciwko zamazaniu pojęć i robieniu z tego jakiegoś wyścigu, czy konkursu
piękności. Czy to przyniosło oczekiwane efekty? Zobaczymy. Po Wiktorach będzie
pierwsze posiedzenie kapituły i będę próbował namawiać swoich znakomitych
kolegów, żeby spróbowali lekko odświeżyć kategorie nagród.
Zapytam teraz o stół. Jaka była pierwsza reakcja, gdy się Pan dowiedział?
Wściekłość oczywiście.
Wściekłość i co dalej Pan zrobił?
Nic nie zrobiłem. Byłem akurat na wyjeździe zespołowym. Marzyłem, żeby dopaść
kogoś, kto to nagranie wyniósł z firmy, bo problemem jest skrajna nielojalność
kogoś, kto jedną ręką od tej firmy brał pieniądze, a drugą ją okradał. To jest
własność tej firmy. Kuchnia, zaplecze, tajemnice produkcji programu to jest
własność tej firmy i muszą tutaj pozostać. Bo inaczej, bez zaufania nie da
się robić takiego tworu jakim jest telewizja. W tym sensie ten gnojek jest
złodziejem po prostu zwykłym i na niego byłem wściekły. Natomiast co miałem
poza tym robić? Nic. Byłem niezadowolony, że ludzie mnie widzą mniej więcej
tak jakby ktoś wlazł do sypialni pięknej aktorki i zobaczył ją w jakichś
gaciach i bez makijażu.
Chyba niedokładnie to jest podoba sytuacja.
Dokładnie taka sama. Ja jestem ze swoim wizerunkiem dla ludzi od 19:00 kiedy
startuje program, a jakimi metodami osiągam to, żeby ten program był na najwyższym
poziomie, to jest moja prywatna sprawa.
Nie przeszło Panu przez myśl, że to poprawi Pański wizerunek?
Nie.
Ludzie mogli pomyśleć, że trzyma Pan twardą ręką cały zespół i naprawdę rządzi w "Faktach".
Nie. Ja nie prowadzę takich kalkulacji. Ja nie chcę ludzi przekonywać, że my
naprawdę przez dwanaście godzin bardzo ciężko pracujemy, żeby im dostarczyć
produkt najwyższej jakości za pomocą takich nagrań. Nie chcę ani nie muszę.
Mam nadzieję, że ten produkt broni się sam. W tym sensie jestem wściekły, że
to się ukazało. Oczywiście, tak też było, że zdumiewająco duży odsetek, żeby
nie powiedzieć większość mówiła, że zobaczyła, że nam naprawdę zależy na tym,
co pokazujemy, na tym jak pokazujemy, że nam zależy na widzach. Ja bym wolał
żeby ludzie się dowiadywali o tym z programu, a nie z tego typu nagrań wynoszonych
z firmy. Zdarzyło się. Pożyjemy, przeżyjemy. Trzeba iść dalej.
Wiadomo już kto to wyniósł?
Od tego piątkowego popołudnia to jest problem mojej firmy, a nie mój
Czyli nie wiadomo.
Tego nie powiedziałem.
Jak Pan zareagował na tę próbę cenzurowania internetu?
Niedobrze. Powiedziałem już głośno parę razy, że uważam, że to błąd. Po pierwsze
uważam, że to bezcelowe. Ja rozumiem działania Karola Smoląga - rzecznika, który
w najlepszej wierze chciał ochronić firmę przed negatywnymi skutkami takiej
bezczelnej kradzieży. Działał pod wpływem impulsu i na pewno też miał później
świadomość, że było to działanie, które nie mogło przynieść sukcesu. Po pierwsze
dlatego że - tak jak mówiłem - internetu się nie da cenzurować, a po drugie
dlatego, że to nie ma sensu. Jak coś raz się ukaże, to zacznie to żyć swoim życiem.
W tym znaczeniu było to działanie skazane na porażkę. Ja bym tego nie próbował
blokować, bo to przecież prawda. To nie było zmanipulowane. To był rzeczywiście
mój występ. W tym sensie jest prawdziwy. Wstydzę się go, nie jestem z niego
dumny, na pewno nie jest to coś, co będę sobie wpisywał to CV kiedyś, jak będę
kończył karierę, ale gorsze wpadki się ludziom zdarzają. Wolę taką niż merytoryczną
w czasie programu.
Na koniec mam jeszcze kilka złośliwych pytań.
Proszę pana, te były jakie?! :)
Niektórzy stawiają Panu zarzut, że nigdy nie zmontował Pan żadnego materiału,
ani nie był reporterem, a dziś mówi Pan najlepszemu zespołowi reporterów w Polsce,
jak mają robić swoje materiały.
To niech niektórzy zostaną z tym straszliwym dylematem w swoich sercach. Będą musieli z nim żyć.
To wszystko co ma Pan do powiedzenia?
To wszystko co mam do powiedzenia na ten temat.
Czy nie uważa Pan, że bycie szefem najbardziej renomowanego programu informacyjnego
w Polsce i jednocześnie głównym prowadzącym, powinno być poprzedzone wieloletnim
wspinaniem się po szczeblach telewizyjnego dziennikarstwa?
Na szczęście nikomu nie muszę się tłumaczyć ze swojej dziennikarskiej kariery,
bo ona jest znana i bezczelnie powiem, że doceniana w stopniu, jakim mogą się
pochwalić nieliczni dziennikarze w tym kraju, więc w tym sensie to bzdurny argument.
Nie podziela Pan opinii, że powinno się zaczynać od biegania z mikrofonem po sejmie?
Jest jeszcze taka szkoła, która mówi, że trzeba zaczynać od biegania po wódkę dla
starszych kolegów. Nie jestem zwolennikiem ani tej, ani tej, którą Pan przywołał.
W dziennikarstwie ważniejszy jest talent, czy wykształcenie?
Zdecydowanie talent.
Ile zna Pan języków obcych?
Jeden.
Pracuje Pan po 13 godzin na dobę. Zamierza Pan tak do emerytury?
Nie przewiduję, żeby nastąpił u mnie stan zwany emeryturą :)
Pańskim marzeniem jest, żeby przez kilkadziesiąt lat prowadzić "Fakty"?
Moim marzeniem jest odczuwanie tego zadowolenia, jakie odczuwam po każdym
udanym wydaniu "Faktów" około 19:27. To jest stan, który jest rodzajem zawodowego
narkotyku. To jest coś, co chcę żeby mi towarzyszyło jak najdłużej. Jak mi
przestanie towarzyszyć, to będę myślał o czymś, co pan nazwał emeryturą albo
innym urządzaniem sobie wolnego czasu, albo rentierstwem, albo starością, albo długim urlopem.
A jakiś program publicystyczny w przyszłości na przykład?
Zrobiłem w życiu setki programów publicystycznych, robię "Fakty po Faktach"...
Ale w sensie dużego show?
Nie mam w tej chwili pomysłu na duży program publicystyczny na tyle nowatorskiego,
żeby próbować go realizować. Chodzą mi po głowie różne pomysły, bo jak każdy
dziennikarz myślę o różnych formach aktywności zawodowej. Jak będę przekonany,
że mam coś naprawdę sensownego do zaproponowania ludziom, to wtedy będę się bił
o to, żeby taki program naprawdę mógł powstać. Na razie nie mam.
Chyba musi Pan lubić serwis tvnfakty.pl skoro już drugi raz udziela mi Pan wywiadu.
:) Musiałbym Panu odpowiedzieć, jak prezydent Rymanowskiemu - pana lubię! :)
Jakby mnie pan zapytał, kiedy tam ostatni raz zaglądałem, byłbym w dużym kłopocie :)
Mam dobre wrażenie z naszej pierwszej rozmowy. Potrafi pan zadawać pytania bezczelne,
które nie brzmią wcale bezczelnie. To jest fajna rozmowa. Zawsze inspirująca i pobudzająca.
Rozmawiał Łukasz Ropczyński, Warszawa, 30 kwietnia 2009
Kliknij aby skomentować wywiad
wywiad nieautoryzowany
|
|
Pozdrowienia od Kamila Durczoka dla czytelników tvnfakty.pl
tvnfakty.pl
|
|
Anita Werner
"Wszystko zawdzięczam ciężkiej pracy i zaufaniu jakie tutaj dostałam i absolutnie nie mam poczucia, że jestem niedoceniania.
"
czytaj całość
28.06.2010
|
|
|
subskrypcja:
Zapisz się - warto! :)
|
|